PIELGRZYM.doc

(27 KB) Pobierz
PIELGRZYM

PIELGRZYM

 

Nikt nie był w stanie wyjaśnić, skąd on to wszystko wie, nikt nie wiedział, po kim mógł on to wszystko odziedziczyć. Nie uczęszczał przecież do żadnych elitarnych szkół, rodzice jego byli niczym nie wyróżniającymi się ludźmi. Jako mały chłopiec potrafił odpowiedzieć na najtrudniejsze pytania. Najbardziej złożone problemy wyjaśniał przy pomocy prostych przykładów. Cudowne dziecko.

Razem z latami wzrastała jego sława. Ludzie ciągnęli, aby z nim porozmawiać o swoich sprawach, przedstawić mu swoje bóle. Od­chodzili nie tylko pocieszeni, ale przemienieni. Potrafił wlać w nich nadzieję, w najbardziej pogmatwanych sytuacjach życiowych wska­zywał drogi wyjścia. „Wszystko będzie dobrze, trzeba tylko bardzo chcieć!" — powtarzał. Potrafił rozbudzić w ludziach pragnienia, ukazać nowe cele. Ludzie byli mu za to bardzo wdzięczni.

Wreszcie stał się pełnoletni. Chciał swoją mądrością i wymową oczarować cały świat. Marzyły mu się tłumy, które go będą słuchały i pójdą za jego wskazaniami. Trzeba mu to przyznać, że potrafił pięknie mówić. Ruszył w drogę. Porzucił rodzinny dom i najbliższych, aby realizować swoją wizję życia. Po godzinie marszu stanął przy pierwszym rozwidleniu dróg. „Iść na prawo, czy na lewo?" — zastanawiał się przez chwilę. Musiał wybrać, musiał zadecydować o kierunku swego pielgrzymowania, a właściwie o kształcie swego życia. Coś wybierając, musiał z czegoś zrezygnować. Posmutniał, było to dopiero pierwsze rozwidlenie. Przemawiając do tłumów na placu najbliższego miasteczka poczuł, że nie jest pewny tego, o czym mówił, że i argumentacja jego straciła na sile. Nie wiedział jeszcze czym to jest spowodowane.

Ruszył w dalszą drogę. Czekały na niego kolejne rozwidlenia i skrzyżowania. Coraz częściej musiał wybierać, a tym samym coraz częściej musiał coś odrzucać. To, co odrzucał, ciążyło nad nim jak nie spełniona nadzieja. Z każdym dniem ciężar był większy i nie mógł się go pozbyć, bo musiałby przerwać wędrowanie. Tego nie mógł uczynić, bo był przecież pielgrzymem. Uświadomił sobie, że ten stan psy­chiczny, w który popadał, związany jest z jego pielgrzymowaniem, a pielgrzymowanie nie pozostaje bez wpływu na to co i jak mówi.

Wędrował więc dalej i przemawiał do ludzi. Nie przychodziły już tłumy, przemówienia były coraz gorsze. Nie było w nich nic nowego, powtarzał się. Zaczął się wreszcie zacinać i jąkać. Pewnego dnia zobaczył, że nie ma przy sobie ani jednego słuchacza; nikt nie zwracał już na niego uwagi! Uświadomił też sobie, że właściwie nie ma nic do powiedzenia. Wolnym krokiem wyszedł z miasteczka, uszedł kawałek drogi, zatrzymał się i usiadł na przydrożnym kamieniu. Trzeba było zdobyć się na odwagę mówienia do samego siebie, na odwagę powiedzenia sobie samemu prawdy. „Przegrałem życie. Miast wzra­stać, karlałem. Z każdym krokiem traciłem marzenia i wiarę. Z każdym dniem ubywało mi mądrości i pewności" — wyznał sam przed sobą.

Podniósł się z kamienia. Chociaż był bardzo zmęczony, zaczął iść dalej. Szedł tą samą drogą, na którą wstąpił pewnego dnia wcześniej. Nie było już na niej żadnych rozwidleń. O niczym nie myślał, szedł przed siebie. Odczuwał w sobie ogromną pustkę, na tej drodze był zupełnie sam. Nikomu nie podawał ręki, u nikogo się nie zatrzymywał, chcąc oszczędzić sobie i innym bólu. Coś go ścisnęło; łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg, zdołał wykrztusić z wielkim wysiłkiem tylko jedno słowo: „Boże!"

Nie wiedział jak to się stało i wcale tego nie dochodził. Nie czuł żadnego zmęczenia, a był na wierzchołku wielkiej góry. Przed nim roztaczał się wspaniały widok. Popatrzył w dół i zobaczył, że te drogi, którymi nie poszedł, bo ich nie wybrał, wiły się po zboczu. Zobaczył, że tylko jedna droga była prosta jak promień światła. Jego oczy napełniły się łzami radości: to była bowiem droga jego życia

 

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin