MARTA
Marta miała dwanaście lat, gdy nieoczekiwanie zmarła jej czteroletnia siostrzyczka. Marta pamięta wielką rozpacz, głuchy, smutny dom, poszarzałe twarze rodziców. Ale najbardziej - swój żal do Pana Boga. Bo jak to? Kocha ją, chroni, a tu nagle - taki brak serca! I Kasię ponoć kochał, a pozwolił jej umrzeć! To tak ta Boża miłość wygląda?! Ona - Marta - jej nie rozumie! I nie chce!
Wykrzyczała to księdzu katechecie, gdy ten łagodnie tłumaczył, jaki Pan Bóg jest dobry i miłosierny. Krzyknęła wówczas tak ł głośno, że aż Agatka, koleżanka z ławki, ze strachu upuściła piórnik. I w tej ciszy, która potem na- stała, słychać było tylko stukot spadających długopisów.
Ksiądz katecheta długo i uważnie słuchał żalów Marty,
a potem równie długo milczał, zanim rzekł:
- Czasami wpada wam do głowy jakiś pomysł i już myślicie,
jak to zrealizować. A potem niecierpliwie czekacie na pochwały . rodziców. I wtedy się okazuje, że rodzice wcale się nie cieszą z waszej pomysłowości. Gorzej - są wściekli!
- No właśnie! - wyrywa się Michał. - To tak jak z moim tatą. Kiedyś chciałem zrobić mu niespodziankę: nauczyć się pływać w sadzawce u dziadka. A gdy pochwaliłem się tacie, że codziennie ćwiczę, on zamiast się ucieszyć, dał mi w skórę i strasznie na mnie nawrzeszczał.
- I co wtedy czułeś? - uśmiechnął się ksiądz katecheta. - No, byłem okropnie wściekły... - I pomyślałeś, że tato cię nie kocha, nie rozumie i jest niesprawiedliwy? - pytał ksiądz.
- Właśnie! Przez tydzień bolał mnie tyłek - Michałowi rozbłysły oczy, a klasa zatrzęsła się od śmiechu.
- A czy teraz już rozumiesz za- chowanie taty?
- Chyba tak - Michał przestał się śmiać. - Bał się, że się utopię. Podobno ktoś się w tej sadzawce topił i ledwo go uratowali.
Ksiądz przez chwilę milczał. - Miłość ojcowska niejedno ma imię - zaczął.
- Czasem ona bardzo boli. Fizycznie, gdy objawia się mocnym klapsem, jak u Michała, albo boli inaczej - gdzieś koło serduszka, jak Martę. Taka miłość wydaje się niesprawiedliwa. Przecież miłość kojarzymy tylko z pocałunkami, przytulaniem, głaskaniem po głowie. A to nie tak. Prawdziwa miłość - zwłaszcza Boża - czasem boli. I nie potrafimy jej pojąć do końca, tak jest wielka.
- A dlaczego ludzie muszą umierać? - głos Marty jest cichy, ale ciągle zbuntowany.
- My, ludzie, a zwłaszcza dzieci, tak kochamy ten świat, że zapominamy, iż gdzieś jest inny, piękniejszy. I że żyjemy krótko, aby żyć tam - w niebie - na wieki. Twoja malutka siostrzyczka patrzy teraz na ciebie z nieba, urządza dla waszej rodziny nowe, piękne mieszkanko. Kiedyś wszyscy tam zamieszkacie...
ANNA GÓRECKA
Nikolas53