J�zef Roth Marsz Radetzky'ego Wydawnictwo Literackie Krak�w 1995 prze�o�y�a Wanda Kragen producent wersji brajlowskiej Altix Sp. z o.o. ul. Surowieckiego 12A tel/fax 644-93-77 Warszawa 1997. tw�rca wersji dyskietkowej Beata Witkowska Cz�� pierwsza Rozdzia� pierwszy R�d Trott�w nie nale�a� do starych. Ich dziad otrzyma� szlachectwo po bitwie pod Solferino. By� S�owe�cem. Za przydomek szlachecki wzi�� sobie nazw� swej rodzinnej wsi, Sipolje. Los powo�a� go do spe�nienia niezwyk�ego czynu. On jednak postara� si� o to, by pami�� o nim zagin�a u potom- nych. W bitwie pod Solferino jako m�ody podporucznik dowodzi� plutonem piechoty. Od p� godziny toczy�a si� bitwa. Trzy kroki przed sob� widzia� bia�e plecy swych �o�nierzy. Pierwszy szereg plutonu kl�cza�, drugi sta�. Wszyscy byli w dobrych humorach i pewni zwyci�stwa. Podjedli sobie suto i napili si� w�dki na koszt i ku czci cesarza, kt�ry od wczoraj przebywa� w polu. Tu i �wdzie pada� kto� w szeregu. W mig rzuca� si� Trotta w ka�d� wyrw� i strzela� z karabin�w osieroconych przez zabitych i rannych. To zwiera� przerzedzone szeregi, to znowu wyd�u�a� je i rozci�ga�, na wszystkie strony �le- dz�c wyostrzonym wzrokiem, na wszystkie strony nas�uchuj�c wyt�onym s�uchem. Po�r�d terkotu karabin�w wy�awia�o jego czujne ucho dolatuj�ce niekiedy wyra�nie rozkazy kapitana. Bystre spoj- rzenie przebija�o sin� mg�� przed liniami wroga. Nie strzela� nigdy bez celowania i ka�dy jego strza� trafia�. �o�nierze czuli jego r�k� i wzrok, s�yszeli jego komend� i byli spokojni. Nieprzyjaciel przerwa� bitw�. Przez niesko�czenie d�ug� lini� frontu przebieg� rozkaz: "Zaprze- sta� ognia!" Tu i �wdzie brz�kn�� jeszcze stempel, tu i �wdzie hukn�� jeszcze strza� - pojedynczy i sp�niony. Sina mg�a mi�dzy frontami przetar�a si� nieco. By�o po�udnie. Wojska sta�y teraz w cieple srebrnego, zasnutego chmurami s�o�ca. W tej chwili mi�dzy podporucznikiem a plecami jego �o�nie- rzy zjawi� si� cesarz z dwoma oficerami sztabu generalnego. Zamierza� w�a�nie podnie�� do oczu lor- netk� polow�, kt�r� mu poda� jeden z oficer�w. Trotta wiedzia�, co to znaczy. Je�li nawet nieprzyja- ciel rozpocz�� ju� odwr�t, jego stra� tylna sta�a z pewno�ci� w pogotowiu bojowym, frontem ku Aus- triakom; ten, kto podnosi� do oczu lornet�, dawa� do zrozumienia, �e jest celem godnym strza�u. A ce- lem tym by� m�ody cesarz. Trotta poczu� bicie serca w krtani. Trwoga przed straszn�, nie do pomy�le- nia katastrof�, kt�ra zniszczy�aby jego samego, pu�k, armi�, pa�stwo, ca�y �wiat, p�on�cym dreszczem przebieg�a mu cia�o, kolana ugi�y si� pod nim. I odwieczna z�o�� podw�adnego oficera frontowego na pan�w ze sztabu, wysokich rang�, a nie maj�cych poj�cia o gorzkiej praktyce, podyktowa�a mu �w czyn, kt�ry niezniszczalnymi zg�oskami utrwali� jego nazwisko w historii pu�ku. Obur�cz chwyci� mo- narch� za ramiona, aby go zgi�� ku ziemi. Chwyt by� widocznie za silny. Cesarz upad� natychmiast. Towarzysz�cy mu oficerowie rzucili si� ku padaj�cemu. W tej samej chwili lewe rami� podporucznika Trotty przeszy�a kula nieprzyjacielska - kula wymierzona w serce cesarza. I kiedy cesarz wstawa�, podporucznik osun�� si� na ziemi�. Wsz�dzie, wzd�u� ca�ego frontu, ockn�� si� bez�adny, nieregularny terkot przestraszonych i wyrwanych z drzemki karabin�w. Cesarz, upomniany niecierpliwie przez swych towarzyszy, aby opu�ci� niebezpieczne miejsce, pochyli� si� mimo to nad le��cym i pomny na sw�j cesarski obowi�zek spyta� nieprzytomnego, kt�ry ju� nic nie s�ysza�, o nazwisko. Lekarz pu�ko- wy, podoficer sanitarny i dwaj szeregowcy z noszami nadbiegli skuleni, z pochylonymi g�owami. Sztabowcy poci�gn�li cesarza i sami padli plackiem na ziemi�. - Tutaj, tego podporucznika! - krzykn�� cesarz do zdyszanego lekarza. Tymczasem ogie� ucich� znowu. I podczas gdy chor��y wyst�pi� przed szeregi i dono�nym g�o- sem zapowiedzia�: "Na moj� komend�!", cesarz i oficerowie sztabowi podnie�li si�, sanitariusze ostro�nie przywi�zali rannego podporucznika do noszy i wszyscy skierowali si� na ty�y, w stron� do- w�dztwa pu�ku, gdzie pod �nie�nobia�ym namiotem mie�ci� si� najbli�szy punkt opatrunkowy. Lewy obojczyk Trotty by� zmia�d�ony. Kul�, kt�ra utkwi�a tu� pod lew� �opatk�, wyj�to w obecno�ci Najwy�szego Wodza Armii, w�r�d nieludzkich ryk�w rannego; b�l ocuci� go z omdlenia. Po czterech tygodniach Trotta wyzdrowia�. Gdy wr�ci� do swego garnizonu na po�udniu W�- gier, mia� stopie� kapitana, najwy�sze z odznacze�: Order Marii Teresy, oraz szlachectwo. Nazwisko jego brzmia�o odt�d: kapitan J�zef Trotta von Sipolje. Jak gdyby wymieniono jego w�asne �ycie na nowe, obce, nie na jego miar�, powtarza� sobie co noc przed za�ni�ciem i co rano po obudzeniu si� swoj� now� rang� i tytu�, stawa� przed lustrem i upewnia� si�, �e jego twarz pozosta�a ta sama. Niezr�czna poufno��, z pomoc� kt�rej koledzy usi�o- wali przezwyci�y� dystans, jaki niepoj�ty los stworzy� nagle mi�dzy nim a nimi, oraz w�asne daremne wysi�ki, aby wyst�powa� z dawn� swobod� wobec �wiata, sprawi�y, �e kapitan Trotta straci� r�wno- wag� ducha. Mia� wra�enie, �e skazany jest odt�d na do�ywotnie st�panie w cudzych butach po �lis- kim parkiecie, �e prze�laduj� go potajemne szepty i witaj� niech�tne spojrzenia. Jego dziad by� jeszcze biednym ch�opem, jego ojciec - podoficerem rachunkowym, potem wachmistrzem �andarmerii na po- �udniowych kresach monarchii. Odk�d w utarczce z bo�niackimi przemytnikami straci� oko, �y� jako inwalida wojenny i dozorca parku zamkowego w Laksenburgu, karmi� �ab�dzie, strzyg� �ywop�oty, wiosn� pilnowa� szczodrze�ca, potem bzu przed niepowo�anymi r�kami z�odziei i w pogodne noce zgania� zakochane parki z mi�osiernie ciemnych �awek. Dla syna podoficera ranga zwyk�ego podporucznika piechoty by�a czym� naturalnym i stosow- nym. Ale od uszlachconego i odznaczonego kapitana, kt�ry chadza� w niesamowitym wprost blasku cesarskiej �aski niby w z�otym ob�oku, rodzony ojciec odsun�� si� nagle daleko, a stateczna mi�o��, ja- k� potomek okazywa� rodzicowi, wymaga�a obecnie innego zachowania si� i nowych form stosunku mi�dzy nimi. Od pi�ciu lat kapitan nie widzia� ojca. Ale co drugi tydzie�, gdy wedle niezmiennej ko- lejki przypada�a na niego s�u�ba inspekcyjna, pisa� w wartowni przy s�abym, migotliwym �wietle s�u�- bowej �wiecy kr�tkie listy. Pisa� je po dokonanej inspekcji posterunk�w, gdy w ksi�dze raport�w od- notowa� ju� zmiany warty, a w rubryce "Wypadki szczeg�lne" wpisa� "�adnych" w spos�b tak sta- nowczy i energiczny, �e z g�ry ju� wyklucza� najmniejsz� cho�by mo�liwo�� szczeg�lnych wypad- k�w. Jak przepustki urlopowe i raporty podobne by�y te listy do siebie - wszystkie pisane na ��ta- wych arkuszach kancelaryjnego formatu, z nag��wkiem "Drogi Ojcze!" oddalonym zawsze o cztery palce od g�ry, o dwa od lewego brzegu. Zaczyna�y si� nieodmiennie zwi�z�ym doniesieniem o zdro- wiu pisz�cego, dalej wyra�a�y nadziej�, �e adresat r�wnie� cieszy si� dobrym zdrowiem, i ko�czy�y si� sta�ym zwrotem okre�lonym od nowej linii, nieco bardziej na prawo: "Z g��bok� czci� i powa�aniem Tw�j wierny i wdzi�czny syn J�zef Trotta, ppor." Ale jak teraz, gdy dzi�ki wy�szej randze odpad�a kolejka dy�ur�w, zmieni� form� list�w, raz na zawsze ustalon� i na ca�e �o�nierskie �ycie obliczon�? Jak wsun�� mi�dzy unormowane zdania niezwyk�� wiadomo�� o niezwyk�ej sytuacji, kt�rej samemu nie ogarnia�o si� jeszcze dobrze? Owego cichego wieczora, kiedy po raz pierwszy po swym wyzdro- wieniu kapitan Trotta usiad� przy stole, por�ni�tym i podziobanym scyzorykami znudzonych �o�nierzy, by napisa� list do ojca, od razu poj��, �e poza nag��wek "Drogi Ojcze!" nigdy ju� nie wyjdzie. Opar� wi�c bezp�odne pi�ro o ka�amarz i uskuba� kawa�ek migoc�cego knota, jak gdyby od z�agodzonego �wiat�a �wiecy oczekiwa� jakiego� szcz�liwego pomys�u i stosownego zwrotu, po czym z wolna po- gr��y� si� we wspomnieniach dzieci�stwa, rodzinnej wioski, matki i szko�y kadet�w. Patrzy� na ogromne cienie, rzucane przez drobne przedmioty na nagie, niebiesko tynkowane �ciany, na b�yszcz�- c�, lekko wygi�t� szabl� na haku przy drzwiach i na ciemny halsztuk, zawieszony na gardzie szabli. Ws�ucha� si� w szum lej�cego bez przerwy deszczu, w monotonny werbel kropel spadaj�cych na bla- szany parapet okna. I w ko�cu podni�s� si� z postanowieniem, �e odwiedzi ojca w najbli�szym tygod- niu, po przepisanej audiencji dzi�kczynnej u cesarza, na kt�r� miano go odkomenderowa� za kilka dni. W tydzie� potem, bezpo�rednio z audiencji trwaj�cej zaledwie dziesi�� minut - nie d�u�ej ni� dziesi�� minut cesarskiej �aski, dziesi�� czy dwana�cie odczytanych z akt pyta�, na kt�re z wypi�t� piersi� nale�a�o wyrzuci� z siebie za ka�dym razem, niczym �agodny, lecz mocny wystrza�: "Tak jest, Wasza Cesarska Mo��!" - pojecha� doro�k� do ojca, do Laksenburga. Zasta� starego w kuchni s�u�- bowego mieszkania, bez munduru, przy nie nakrytym, g�adko heblowanym stole, na kt�rym le�a�a granatowa chustka z czerwonym r�bkiem; przed nim sta�a du�a fili�anka dymi�cej, wonnej kawy. S�- kata laga z wi�niowego drzewa wisia�a u sto�u na zakrzywionej r�czce i ko�ysa�a si� lekko. Pomarsz- czony kapciuch z w��knist� machork�, dobrze nabity i na p� otwarty, le�a� obok d�ugiej fajki glinianej - bia�awej, po��k�ej i �ciemnia�ej. Kolor jej odpowiada� barwie siwych krzaczastych w�s�w ojca. Ka- pitan J�zef Trotta von Sipolje sta� w swojskiej, komi�nej atmosferze ubogiej izby, niby b�g wojny, w po�yskuj�cym pasie, w lakierowanym he�mie, kt�ry l�ni� niejako w�asnym czarnym blaskiem, w g�adkich, ogni�cie wyglansowanych butach z b�yszcz�cymi ostrogami, z dwoma rz�dami jarz�cych si� guzik�w na mundurze i w nadziemskiej glorii Orderu Marii Teresy na piersiach. Stary podni�s� si� z wolna, jak gdyby powolno�ci� powitania chcia� zr�wnowa�y� wspania�o�� m�odzie�ca. Kapitan Trotta poca�owa� ojca w r�k...
Rudy1950